Zacznijmy od czegoś prostego: policz, ile razy w ubiegłym tygodniu coś do Ciebie dowieziono. Jedzenie, zakupy, paczka z internetu. Teraz pomnóż przez cztery.
Analiza typowych wzorców zakupowych pokazuje, że osoba pracująca w mieście generuje średnio od kilku do kilkunastu dostaw miesięcznie. Każda z nich niesie ze sobą opłatę za dostawę, często minimalną wartość zamówienia, która skłania do kupowania więcej, niż planowaliśmy, a przy jedzeniu na wynos, prowizję platformy wbudowaną w cenę dania.
Cztery profile zakupowe
W przeprowadzonej przez nas analizie scenariuszowej wyróżniliśmy cztery profile. Singiel pracujący zdalnie, który zamawia jedzenie kilka razy w tygodniu i korzysta z ekspresowej dostawy zakupów. Para bez dzieci, z mieszaną strategią gotowania i zamawiania. Rodzina z dziećmi, gdzie czas jest najbardziej deficytowym zasobem. Osoba prowadząca własną działalność, dla której każda minuta ma inną wagę w różnych porach dnia.
Dla każdego z tych profili suma comiesięcznych kosztów dostaw okazała się wyraźnie wyższa niż intuicyjne szacunki uczestników. Różnica między tym, co ludzie myśleli, że wydają, a tym, co faktycznie wydawali, była konsekwentna we wszystkich grupach.
Dlaczego tak trudno to zauważyć?
Ekonomia behawioralna wskazuje na zjawisko "małych kwot". Płatność rzędu kilku złotych nie aktywuje u nas mechanizmu oceny kosztu w takim stopniu, jak większe sumy. Kiedy płacimy trzy złote za dostawę, mózg klasyfikuje to jako "prawie za darmo". Ale dwadzieścia takich transakcji w miesiącu to już sześćdziesiąt złotych, które gdzieś "znikły".
Dodajmy do tego opłaty subskrypcyjne za usługi dostawcze, które obiecują "darmowe dostawy", a okazuje się, że stały koszt wygody jest strukturalnie wbudowany w nasze budżety, często bez świadomej decyzji o jego akceptacji.